Jednym z głównym problemów trzeciej części gry jest fakt, że jest to pierwsza pełnoprawna odsłona, do której swoich paluszków nie wtyka Tomonobu Itagaki – jeden z głównym ojców pierwowzoru, prawdziwy Bóg dla wszystkich sympatyków przygód Hayabusy. Dlatego już na początku nowe przygody Ryu musza walczyć nie tylko z krytykami ale również z sympatykami, którzy nie potrafią zrozumieć kadrowych zmian. Fani najbardziej obawiali się spektakularnych zmian, których (niestety?) w finalnym projekcie pojawiło się mnóstwo.  Chociaż może słowo mnóstwo nie daje odpowiedniego wydźwięku, ponieważ w Ninja Gaiden 3 zmieniło się prawie wszystko. To nie jest kolejna część przygód o krwiożerczym Ryu – zmieniło się zbyt wiele...

Zacznijmy od początku – tym razem Hayabusa pokazuje swoją twarz, dosłownie i w przenośni, bo bezwzględny zabójca zaczyna mieć wyrzuty sumienia. Ściąga maskę i przypomina sobie wszystkie zabite istnienia, budzą się w nim jego wewnętrzne demony. W dodatku gdzieś obok kult Alchemików pragnie zniszczyć świat i na jego zgliszczach zbudować nowy porządek. Przywódca terrorystów, niejaki Regent of the Mask, chce w całą historię wplątać naszego bohatera. Rzuca klątwę na prawą rękę Ryu i jednocześnie osłabia umiejętności japońskiego Mistrza. Brzmi zaskakująco? Muszę przyznać, że fabularnie nie jest najgorszej, jednak samo przedstawienie historii jest bardzo średnie – brakuje spektakularnych zwrotów akcji, dynamizmu, jakiegokolwiek BUM! Mimo wszystko scenarzyści mieli pomysł na ciekawą przygodę, gdyby tylko dodali odrobinę życia, to całość prezentowałaby się znacznie lepiej.

Kolejną zmianę możemy uświadczyć już na samym początku gry. Tym razem kamera jest umieszczona zdecydowanie bliżej, nadaje to rozgrywce wiele świeżości. Problem polega na tym, że programiści nie najlepiej poradzili sobie z samą grafiką i przez powiększenie jesteśmy zmuszeni przyglądać się słabym teksturom. Oczywiście pod względem dynamiki twórcy serwują nam genialny produkt. Jest bardzo szybko i jestem pewien, że ten aspekt spodoba się wszystkim. Pod tym względem produkcja nie utraciła swojej wyjątkowości i mimo kadrowych zmian nadal jesteśmy świadkami wybitnego dynamizmu. Kompozytorzy zaś postarali się o kilka szybkich kawałków, które wprowadzają nas w odpowiedni trans. Siekanie rywali przy japońskich utworach spodoba się każdemu. Jak już wspomniałem gra jest bardzo szybka, a przedstawiona muzyka potrafi wprowadzić w świetny klimat.

Pewnie wszystko byłoby dobrze, gdyby twórcy w tym miejscu porzucili próbę zmiany świata. Niestety miał to być dopiero początek – zapomnijcie o zdobywaniu ekwipunku, zdobywaniu nowych broni, czy też rozwijaniu swojego oręża. Autorzy w sposób minimalistyczny podeszli do tematu rozwoju bohatera, w zasadzie usunęli wszystko i pozostawili jeden miecz. Tak, dokładnie przez całą grę będziemy mogli dysponować jednym – Ninja Sword’em, którego w dodatku nie możemy w żaden sposób ulepszyć. Także w grze nie zdobędziemy nowych przedmiotów. Wszystkie elementy eksploracji zostały ograniczone i przez to dostajemy wykastrowaną historię o super bohaterze. Po wielu skargach programiści postanowili za darmo opublikować w Internecie dwie nowe bronie. Pozostaje tylko pytanie - dlaczego nie można było tak od razu i co z graczami, którzy nie podłączyli swoich konsol do sieci? Nadal pozostaje problem zdobywania doświadczenia czy też polepszania postaci, który w tej części już na pewno nie zostanie rozwiązany. Również z przygody zostały wykasowane posągi, przy których mogliśmy zapisać stan gry – tym razem save stworzy dla nas kruk, który pojawia się po ważniejszych momentach w fabule.