Problem ten dotyczył kilku kart dźwiękowych różnych firm, często też na jednym komputerze efekt występował, na innym nie, dlatego też wolałem zawsze kupić dobrą płytę główną z przyzwoitą integrą (Realtek ALC1150), która miniaturowym kartom USB z pewnością nie ustępowała. Często wręcz był w nich ten sam układ, co w kartach zintegrowanych (królowała C-media) zaś wąskim gardłem był port USB. Czasem też zakłócenia wentylatorów, czy dysków dawały znać o sobie i delektowanie się muzyką bywało problematyczne. By wyeliminować te "przydźwięki" ostatnimi czasy producenci płyt głównych separują zintegrowaną kartę i przewody prowadzące do wyjść, by uniknąć zakłóceń i interferencji pozostałych komponentów.

Oczywiście w przypadku zintegrowanych kart audio nie mówimy tu o doznaniach audiofilskich, a o grze i dobrym pozycjonowaniu dźwięku, jaki w Counter-Strike zawsze miał znaczenie. 

Karty zewnętrzne gracze stosują przede wszystkim dlatego, że chcą na różnych turniejach i sprzętach mieć zawsze to samo brzmienie i to jest całkiem zrozumiałe i rozsądne podejście, plus kolejny - mamy zawsze te same sterowniki i po iluś razach nawet największa noga pośród graczy ogarnie ustawienia i poradzi sobie ze wszystkim (a przynajmniej powinna).

Zwykłe karty dźwiękowe USB nie powalają nas dźwiękiem, ale też wcale nie muszą, a ich głównymi zaletami są niewielki rozmiar, funcjonalność i prostota przede wszystkim. 

Creative robi również takie małe karty dźwiękowe - o symbolach G1, czy jeszcze prostszy - SOUND BLASTER PLAY! 2 i w zasadzie na takie podstawowe potrzeby jest to bardzo przyzwoita karta dźwiękowa, jednak bohater naszej recenzji Sound BlasterX G5 bije tamte na głowę.