allplay: Zapewne większej części sceny przedstawiać Cię nie muszę, ale jednak może pojawić się ktoś, kto nie wie, kim jest Norad. No więc właśnie, kim jest Radosław Górniak? Co robisz obecnie?

Radosław Górniak: Cześc Wam. Znając realia, o Noradzie pamięta już mniej osób, niż Ci się wydaje. Ale to przecież naturalna kolej rzeczy. Spójrzmy prawdzie w oczy, tak jak napisano w jednym z Waszych artykułów, zniknęło Voodoo, razem z nim Norad. A kim ten człowiek jest aktualnie? Cóż, e-sport dał mi możliwości rozwoju, których normalnie pewnie bym nie miał. Podjąłem się pracy, później drugiej i poszło do przodu. Pracuje jako Social Media Manager/Internet Marketing Manager w dobrze Wam znanej (uśmiech) firmie oraz prowadzę własną działalność.

Pamiętasz początki swojej przygody ze sportami elektronicznymi? Jak to się stało, że zacząłeś grać?

Oczywiście, że pamiętam, chociaż trzeba przyznać, byłem wtedy bardzo młodym człowiekiem. Wszystko zaczęło się w gimnazjum, kiedy godziny przeznaczone na informatykę spędzaliśmy grając w demo Quake 3. To były piękne czasy. Kto by wtedy przypuszczał, że ta grupowa pasja przerodzi się w nie później niż dwa lata, w projekt o tak potężnych rozmiarach? Na samą myśl łezka się w oku kręci, chociaż i... nóż w kieszeni otwiera na wspomnienia o błędach.

Dla starych wyjadaczy jesteś jednym z najlepszych menedżerów polskiej sceny. Dużo nauczyłeś się w Voodoo? Czy doświadczenie zdobyte właśnie w czasie pobytu na scenie pomogło Ci w karierze?

Na tę kwestię po części odpowiedziałem już wyżej, ale myślę, że ogólnie to bardzo dobre pytanie, dla nas wszystkich, graczy. Wielu ludzi uważa, że gry to tylko zabawa, często strata czasu i nawet problem rodzinny. Trzeba przyznać, że esport to tematyka trudna, szczególnie w Polsce (chociaż nie tak jak w Izraelu czy Rumunii), gdzie większość marek nie chce słyszeć nawet o graczach, nawet jeśli powinna tych graczy promować. Ludzie nie doceniają sportów elektronicznych i sytuacja ta raczej szybko się nie zmieni. Uznajmy, że to taki strasznie negatywny trend, który dopadł każdego.

Odpowiadając bezpośrednio na pytanie - tak, nauczyłem się w Voodoo/BVG dużo. Właściwie całe swoje życie oparłem na tej drużynie, pod jej kątem zacząłem i skończyłem studia, przeszedłem przez dziesiątki szkoleń z zakresu reklamy, marketingu, komunikacji. Poznałem wyjątkowe osobowości (nie tylko graczy) i dostałem pracę w której mogłem wszystkie te czynniki wdrażać w życie, sprawdzając ich realną wartość. Ta drużyna nie tyle pomogła mi w życiu, co przestawiła je na zupełnie inny tor, za co będę wdzięczny do końca swoich dni. To okazja z której trzeba skorzystać, jeśli naprawdę uważa się, że ma się tą iskierkę w środku.

Niepowodzeniami nie można się załamywać, czasem sprawiają one, że jesteśmy dużo mocniejszymi ludźmi. Zresztą, przypomnijcie sobie sytuacje w której mieliśmy zawiesić działalność, bo nie mieliśmy gotówki. Gracze powiedzieli wówczas: - nie ma mowy, damy z siebie jeszcze więcej! I dali, a my zyskaliśmy nowych sponsorów i najpierw ustaliliśmy przyzwoity budżet, a potem zwiększyliśmy go o 600%!

Niewiele polskich organizacji może pochwalić się sponsorami z takim budżetem, jak Ci, którzy wspierali Was (Betsson, Gigabyte). Jak udało się wtedy nakłonić tak poważne marki do zainwestowania w Voodoo? Czy z perspektywy młodego menedżera negocjacje były trudne?

Widzisz, w tamtych czasach pozyskanie jakiegokolwiek inwestora w dużej mierze opierało się na szczęściu. Ktoś przeczyta Twój mail albo tego nie zrobi. Kiedy po paru latach porozmawiałem ze swoim byłym szefem na temat BVG, odpowiedział mi, że wybrał nas, bo temat prezentacji po prostu go zainteresował. Miałem szczęście, bo tamtego dnia próbowałem nowej formy poszukiwań. Wszystkie negocjacje od 2003 do 2008 był trudne. Nie dość, że na ich początku nie byłem nawet pełnoletni, to później moim jedynym doświadczeniem były filmiki z Youtube i spotkania, które lepiej zapomnieć. Dopiero w 2009 nabrałem tej pewności siebie, która zresztą pomogła w rozmowach z Gigabyte.

Tutaj należy powiedzieć wprost. Osoby decyzyjne w firmach to ludzie doświadczeni, głównie starsi od nas, znający realia i (chociaż częściowo) ewentualne możliwości i zyski finansowe płynące z danego zagadnienia. Jak nastolatek może im przekazać swoje racje? Zastanówcie się nad tym sami. Na pewne rzeczy było po prostu za wcześnie.

Stare dobre czasy :-)


No dobra, wiem że to już historia, ale to pytanie musi paść - dlaczego tak naprawdę BVG zakończyło działalność?

Przez ustawę hazardową. Być może podchodzę do tego zbyt sentymentalnie, ale wydaje mi się, że gdyby nie ona, to w tej chwili polski esport mógłby stać na zupełnie innym poziomie rozgrywki. Polskie prawo nas zabiło, zabrało możliwość rozwoju i ok. 80% budżetu. A trzeba tu pamiętać, że działaliśmy wtedy już znacznie szerzej, był z nami chociażby HoT (WC3, Ukraina) i samodzielnie prowadziliśmy projekt Betesport. Gracze mogli za prawdziwą gotówkę obstawiać mecze e-sportowe.

W pewnym momencie uznałem, że nie chce walczyć z bublem prawnym i przede wszystkim, boje się konsekwencji na tyle, że chce zrezygnować. I decyzja padła. Nie żałuje jej, bo wiem, że gdybym tego nie zrobił, widzielibyście prawdziwy upadek, którego należało oszczędzić i kibicom, i graczom. Mam nadzieję, że czas odpoczynku od Voodoo wykorzystuje w najlepszy możliwy sposób.

Jak zapatrywałaś się na dalsze próby ratowania marki podjęte chociażby przez Blade'a? Nie chciałeś spróbować jeszcze raz?

Ja? Absolutnie nie chciałem w tym maczać palców. Moja rola była jedynie taka, że nadal posiadałem pełnie praw do marki i udostępniłem swoją listę kontaktów/dałem kilka rekomendacji. Nie pełniłem żadnej oficjalnej roli i na dobrą sprawę również w tej chwili wolałbym umyć ręce od projektu. Całkowicie. To było zupełnie niepotrzebne...

Co, patrząc z perspektywy czasu, uważasz za swój największy sukces w całej karierze esportowej, a co za największą porażkę? Jakie masz najlepsze wspomnienia z tego okresu?

Tak naprawdę, gdybym odniósł sukces, to nadal prowadzilibyśmy formację. Prawdziwym sukcesem jest bowiem przetrwanie i konsekwencja, bycie silnym. A tego w wielu przypadkach po prostu mi brakowało. Czysto esportowo jednak nie wymienię Ci żadnego przedsięwzięcia, bo wspólnie z graczami wygrywaliśmy wszystko, co w Polsce było właściwie możliwe, ESWC, WCG, PGA, HLC/LC i inne, mniejsze imprezy. Kilkukrotnie czułem w krwi zwycięstwo, to, że ludzie podchodzili, ściskali rękę i gratulowali, większość pochwał tak czy inaczej spadało na graczy, stałem zawsze z boku. Zresztą, pamiętaj, że wielu ludzi w ogóle nie traktowało nas poważnie.

Największa porażka? Za ostatnią witrynę internetową zapłaciliśmy jakieś 6 000PLN. To kosmiczna suma i na samą myśl o takim partactwie krew we mnie buzuje. To był jeden z największych błędów jakie popełniłem w ogóle w życiu. To właśnie ta decyzja utkwiła mi w głowie najmocniej z całego okresu prowadzenia formacji. Wiedziałem już wtedy, że ilość błędów, które popełniłem, prędzej czy później odbiją się na drużynie i doprowadzi ją do upadku. Zbyt późno tak naprawdę dorosłem do swojej sytuacji...